moje podróże z życia wzięte

Rzym – miasto pełne historii i… przygód

rzym

Rzym nigdy nie rozczarowuje – tam zawsze przeżyjesz przygodę

Rzym to wyzwanie. A biorąc pod uwagę, że zawsze podczas wszystkich naszych zagranicznych podróży, musi się coś wydarzyć i musimy przeżyć jakaś małą przygodę, w tym mieście mogło być naprawdę ciekawie.

Wybraliśmy się na kilka dni do Rzymu, w ekipie: ja, mąż, syn (14 lat), córeczka (18 miesięcy) oraz teściowie.

Ten wyjazd był dla mnie bardzo ważny, ale nie dlatego, że chciałam zobaczyć Rzym, bo już kiedyś miałam okazję go zwiedzić, ale dlatego, że miałam misję do spełnienia. Misją tą było dla mnie pojechać osobiście do Casci, wioski oddalonej około 150 km od Rzymu, gdzie w Bazylice znajduje się grób Św. Rity (ale o tym napiszę w innym poście).

A więc… w drogę!

Aby tam dojechać z tyloma osobami, musieliśmy wynająć duży samochód. Mąż ustawił nawigację, która zamiast poprowadzić nas autostradą, poprowadziła nas przez środek gór przez ponad 100 km. Dodam, że z synem mamy chorobę lokomocyjną, więc lekko nie było, możecie mi wierzyć 🙂

Co nas czekało podczas tej jazdy przez góry? Zakręt za zakrętem, poruszanie się z prędkością 30 km na godzinę, żadnej żywej duszy po drodze, czyli wielkie odludzie. Udało nam się jednak dotrzeć do celu. Chociaż podróż była strasznie męcząca, widoki – niesamowite i niezapomniane – wszystko nam zrekompensowały. Co nie zmienia faktu, że z Casci wracaliśmy już autostradą.

Nikt nie obiecywał, że będzie idealnie, ale…

Gdy zbliżaliśmy się do bramki przy wjeździe na autostradę, mąż pomylił pasy i nie zauważył, że wjechał do bramki dla samochodów, które mają wykupione karty paypass. A ponieważ za nami stał tir który taką kartę miał wykupioną, szlaban do przejazdu, automatycznie otworzył się nam sam i przejechaliśmy.  Tir na nas trąbił, nie wiemy nawet czy sam przejechał, skoro nieświadomi przejechaliśmy na jego karcie…

Problem zaczął się po przejeździe za bramki, ponieważ nie mieliśmy biletu (który pobiera się przy wjeździe), aby z tej autostrady wyjechać. Przy wyjeździe mieliśmy więc mały problem. Mąż odszukał osobę z obsługi, której po angielsku wytłumaczył, dlaczego nie mamy karty do wyjazdu, ale oczywiście osoba ta nic nie rozumiała po angielsku i kompletnie nie wiedziała, o co mojemu mężowi chodzi. W końcu uprzejmy Pan zdecydował, że otworzy nam bramkę i nas przepuścił. Uff, jakże wtedy byliśmy szczęśliwi 🙂

Jestesmy na miejscu, czyli przygód ciąg dalszy

Gdy dojechaliśmy do hotelu, nasz syn był już mocno chory i w pokoju wylądował z gorączką około 39 stopni. W ruch poszły leki, zimne okłady na czoło i modlitwa, aby chociaż gorączka do jutra minęła i mógł zwiedzić przepiękny Rzym. Chyba nasze modlitwy zostały wysłuchane ponieważ rano wstał kaszlący ale bez gorączki.

Rzym zwiedziliśmy, opowiem Wam o tym także w innym poście.

Gdy nasz pobyt dobiegł końca i już po całej odprawie szczęśliwi czekaliśmy  z kawą w ręku na nasz samolot, okazało się, że… nie mamy jednej walizki i to tej z rzeczami Marcelinki! Nie wiem kiedy, ale najnormalniej w świecie ją zgubiliśmy. Mąż musiał wrócić do przejścia, gdzie odbywa się cała kontrola bezpieczeństwa i pytać pracowników, czy przypadkiem nie znaleźli jednej czarnej walizki. Okazało się, że owszem, taka walizka u nich była, ale specjalnie została zatrzymana. Dlaczego? Ponieważ rzekomo znajdował się w niej… niebezpieczny przedmiot! Wyobrażacie sobie zdziwienie i szok mojego męża, który zachodził w głowę, co też takiego niebezpiecznego może znajdować się w walizce poza ciuszkami naszej córeczki? Jaki niebezpieczny przedmiot?! Coś im się chyba pomyliło?

A kuku, niespodzianka!

Otóż nie do końca, bowiem szanowana obsługa w obecności mojego męża otworzyła tę nieszczęsną walizkę i wyjęła z niej… plastikowy duży nóż! Nóż, o którego obecności w naszej walizce nawet nie mieliśmy pojęcia. Pytanie: skąd się tam wziął? A to stąd, że ja kupiłam nam przed wyjazdem kiełbasę salami, która miała takie opakowanie, że nawet nie było widać, że wewnątrz opakowania może być coś jeszcze oprócz samej kiełbasy 🙂 Pomysłowy producent wywinął nam w ten sposób niezły numer!

Oczywiście mąż został spisany jako osoba chcąca przemycić na pokład samolotu niebezpieczną rzecz.

Wszystko skończyło się dobrze, walizkę oczywiście nam oddali. Kiełbasę też 🙂

Wróciliśmy szczęśliwi i naładowani słońcem, ale nie bez problemów – u syna rozwinęło się zapalenie oskrzeli. Tak więc wczasy zakończyliśmy mocnym akcentem 😉

Jeśli mieliście jakieś fajne lub niefajne przygody podczas waszych wyjazdów, miło mi będzie, gdy o nich opowiecie.

 

 

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź